img_2757

 

Przekleństwo niespełnionych ambicji

Ludzie dorośli mają absolutnie nieznośną przypadłość obarczania swoich dzieci odpowiedzialnością za niespełnione ambicje. Każdy z nas chciał za młodu kimś być – strażakiem, lekarzem, pilotem, naukowcem, sportowcem światowej sławy. Niewielu z nas te marzenia się ziściły. W życiu dorosłym wykonujemy różne zajęcia, często niechciane, nielubiane i przypadkowe. Z tego powodu rodzi się  frustracja. Nasi rodzice też tak mieli. Nierzadko bywaliśmy (lub wciąż jesteśmy) ich narzędziami do spełniania dawnych ambicji. Takim przedłużeniem innego człowieka. To samo robimy swoim dzieciom. Sprawiamy, że muszą szybciej dorosnąć. Hodujemy je (bo ciężko to nazwać wychowywaniem) w atmosferze bezustannej rywalizacji, aby stały się perfekcyjnymi małymi robotami. A oto krótka historia o tym, jak można zniszczyć dzieciństwo swojemu dziecku. Pamiętajcie, nie próbujcie robić tego w domu!

 

Pośpiech to znak naszych czasów

W dzisiejszych czasach wszyscy gdzieś pędzimy. Do pracy, do domu, do szkoły. Każdy się spieszy. Prześcigamy się w różnych dziedzinach życia. Bierzemy na siebie milion obowiązków, choć od początku wiadomo, że połowa z nich jest niemożliwa do wykonania. Dodatkowe zajęcia przed pracą, po pracy
i w trakcie pracy. Można się zmęczyć samym pisaniem. Ludzie dobrowolnie startują w wyścigu bez końca każdego dnia. Lekcje angielskiego albo jeszcze lepiej jakiegoś innego, bardziej egzotycznego języka obcego – super! Siłownia, crossfit, bieganie – podstawa! W międzyczasie łapiemy kawę w Maku lub Starbaksie i pędzimy na warsztaty z rozwoju osobistego. Wieczorem joga i kursy online. A na dobranoc Facebook i Twitter, żeby wiedzieć na jakiej lokacie kończymy wyścig tego dnia.

Nasze maluchy, chcąc nie chcąc, powielają te schematy. Częściowo dlatego, że biorą przykład z rodziców, po części czują presję otoczenia. Głównie jednak dlatego, że są wpędzane przez nas w ten nie kończący się kierat, wielkie błędne koło. Dzieci nie są naturalnie predysponowane do, tak ostatnio modnego, multitaskingu. Nie potrafią się porządnie skupić dłużej niż jakieś 40 minut. Robienie z nich pracujących maszynek jest wbrew naturze. Ostatnio buszując po osiedlowym forum sąsiedzkim, natknęłam się na ofertę lekcji angielskiego dla niemowlaków [sic!]. Nie zdziwiłoby mnie wcale, gdybym za jakiś czas znalazła warsztaty w stylu: coaching dla przedszkolaków lub efektywne zarządzanie swoim czasem po lekcjach 🙂

20150820_181035

Pozwól dziecku być dzieckiem

Dzieciństwo rządzi się swoimi prawami. Każdy brzdąc powinien spróbować kąpieli w jeziorze latem, w kałuży jesienią, malowania twarzy, lepienia zamków z błota, leżenia na trawie brzuchem do góry i rozmyślania o niebieskich migdałach. Kiedy dorośnie, na te proste przyjemności zabraknie czasu. Odbieranie im tej beztroski to wielka niesprawiedliwość.

Obserwując swoich synów, nie mogę się nadziwić, skąd biorą tyle energii mimo tak intensywnego trybu życia. Kończąc późno zajęcia mają jeszcze siłę na godzinny trening dwa razy w tygodniu, wracają do domu pełni energii i pokazują nowe pozy, których się nauczyli. Bronię się nogami i rękoma przed tym, żeby chodzili na więcej niż jeden rodzaj zajęć dodatkowych, żeby nie zrobić im papki z mózgów. Robię to, bo wiem, że będą mieli całe życie na bycie zmęczonym i przepracowanym. Biję się przy tym ze sporą grupą znajomych, którzy swoje pociechy wysyłają do tysięcy różnych „szkół po lekcjach”, i patrzą na moją młodzież jak na zacofaną dzicz z lasu.  Ich synowie i córki obserwują nas sponad swoich iPadów i iPhonów, kiwając głową bez większego zrozumienia. Czasem młodzi wkurzają się na swoich staruszków, że nie mogą tak jak koledzy grać w piłkę w lidze dziecięcej, iść na angielski, tenisa, kółko teatralne i zakończyć wieczorem przy konsoli. My, niepostępowi dorośli, robimy wtedy dobrą minę do złej gry, mając nadzieję, że kiedyś będą nam za to wdzięczni.

Dalej przed siebie

Share